Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
snip20151103_90

14.02.2017
wtorek

Białe Grammy, pomarańczowy Trump i czarna siła

14 lutego 2017, wtorek,

59. ceremonia rozdania nagród Grammy, którą James Corden poprowadził z niedzieli na poniedziałek naszego czasu w Staples Center w Los Angeles, zostawiła po sobie przynajmniej kilka pytań, zadawanych nie tylko w świecie szeroko pojętej czarnej muzyki.

Czy fakt, że Beyoncé ze swoim albumem „Lemonade” przegrała z Adele i jej „25” w kategorii „Album roku”, znów świadczy o marginalizowaniu czarnoskórych twórców, szczególnie kiedy konkurują z białymi artystami w najważniejszych kategoriach? Wystarczy przypomnieć choćby ubiegłoroczną przegraną znakomitego krążka „To Pimp a Butterfly” rapera Kendricka Lamara z popowym albumem „1989” Taylor Swift. (Z nieco innej strony naświetla sprawę Bartek Chaciński na Polifonii). Czy po po tym, jak Adele wygłosiła płomienną mowę na część Beyonce, rzeczywiście oddała jej połowę złamanej statuetki?

Czy fakt, że Chance The Rapper wygrał w kategorii „Najlepszy nowy artysta”, świadczy o tym, że kapituła jest jednak bardziej postępowa, niż się wydaje, czy po prostu postanowiła rzucić coś na odczepne rapowemu artyście w jednej z kluczowych kategorii?

Jakkolwiek brzmi odpowiedź na to pytanie, biorąc pod uwagę długą historię ignorowania afroamerykańskich hip-hopowców przez Grammy, wygrana Chance’a jest nie do przecenienia z kilku powodów. To pierwszy czarnoskóry rapowy twórca od czasu zwycięstwa Lauryn Hill, który odebrał statuetkę w tej ważnej kategorii. Dostał też dwie kolejne Grammy („Rapowa Płyta Roku” i „Najlepsze Rapowe Wykonanie”) za mixtape „Coloring Book” i pochodzący z niego utwór „No Problem”.

No właśnie, nie nazwał projektu „albumem”, a „mixtapem”, a piosenek nigdy nie wydał w formie fizycznego nośnika, dostępne są wyłącznie za pośrednictwem serwisów streamingowych. „Coloring Book” promowały dwa single, ale żaden z nich nie trafił oficjalnie do sprzedaży. Jest pierwszym artystą w historii, który dostał Grammy za mixtape dostępny w streamingu. Chance The Rapper, który nie ma podpisanego kontraktu z żadną wytwórnią płytową, mógł tego dokonać, bo w ubiegłym roku kapituła nagrody wprowadziła nowe zasady, umożliwiające nominowanie artystów funkcjonujących tak jak on. A nawiasem mówiąc, nie jest żadnym debiutantem, bo w 2012 r. umieścił w sieci pierwszego mixtape’a „10 Day”. Trzeba jednak docenić fakt, że 23-letni chicagowski raper uchylił drzwi zamknięte do tej pory dla wielu niezależnych muzyków.

Chance The Rapper odbiera Grammy w kategorii „Najlepszy nowy artysta”:

Na naszych oczach rozegrała się mała rewolucja, ale jeśli chodzi o kwestie równościowe, przed nagrodami Grammy jeszcze długa droga. Wróćmy zatem do wcześniejszych pytań i dość oczywistych na nie odpowiedzi. Beyoncé nagrała w ubiegłym roku najlepszy album w swojej karierze – szeroko dyskutowaną i wychwalaną przez krytyków osobistą opowieść, między innymi o rasistowskiej Ameryce. Dostała dziewięć nominacji, a do jej rąk trafiły dwie statuetki w pobocznych kategoriach „Najlepsza płyta urban contemporary” i „Najlepszy teledysk” (za „Formation”).

Można nie lubić „kozich” zaśpiewów Rihanny, ale trzeba przyznać, że jej nominowana osiem razy płyta „Anti” jest solidna produkcyjnie i muzycznie eklektyczna. Niestety, wokalista poszła do domu z pustymi rękami, choć wyglądało na to, że i tak bawi się świetnie, stojąc wśród publiczności i popijając alkohol z obklejonej błyskotkami piersiówki.

Abstrahując od sukcesu komercyjnego krążka, który nie powinien być kryterium przy nagradzaniu (choć wydaje się, że w przypadku białych artystów często jest), spójrzmy na kategorię, w jakiej umieszczono jedną z piosenek Rihanny. Zawierające elementy dubstepu i trapu, mocno elektroniczne „Needed Me” nominowano za „Najlepsze wykonanie R&B” – między innymi wraz z ciepłymi, soulowymi kompozycjami Musiq Soulchilda i Ro Jamesa. A to przykład pierwszy z brzegu.

Rihanna podczas występu A Tribe Called Quest:

Od czasu rozdania pierwszych Grammy w 1959 r. na 58 nagród w kategorii „Album roku” tylko dziesięć trafiło do afroamerykańskich muzyków, z czego trzy otrzymał Stevie Wonder. Ostatnim czarnoskórym artystą nagrodzonym za płytę roku jest Herbie Hancock. Statuetkę dostał w 2008 r. za płytę z… coverami utworów Joni Mitchell.

Takie ikony muzyki jak Bob Marley, Jimi Hendrix, Chuck Berry czy Ray Charles za życia nie dostały ani jednej statuetki, a Dianie Ross dopiero po latach przyznano nagrodę za całokształt twórczości. Nic dziwnego, większość jurorów zasiadających w kapitule Grammy to biali mężczyźni w mocno średnim wieku, którzy głosują na to, z czym się osłuchali, nawet jeśli się na tym nie znają.

Jak napisał w tekście dla portalu magazynu „Complex” jeden z jurorów Grammy, dziennikarz muzyczny Rob Kenner, winny jest system, który sprawia, że wszyscy głosują na wszystkie kategorie. Efekt jest taki, że fani heavy metalu wybierają najlepszą płytę z rapem, reggae i elektroniką. Na przykład w tym roku jury w jednym rzędzie (kategoria „Najlepszy album z muzyką taneczną/elektroniczną”) umieściło różne stylistycznie krążki Jarre’a i Flume.

Z drugiej strony wydaje się, że Beyoncé i Rihannę znają wszyscy, ale nietrudno zrozumieć, że bardziej z jurorami będzie rezonować muzyka Taylor Swift i Adele. Współproducentem krążka tej ostatniej jest Bruno Mars, który za pracę przy „25” zgarnął piątą statuetkę w swojej karierze. Mars jest mistrzem kulturowego przywłaszczenia, vide jego najnowszy album „24K Magic” z brzmieniem Rogera Troutmana i Minneapolis sound (The Time, Prince, Sheila E.). Nagrany trzy lata temu wraz z Markiem Ronsonem przebój „Uptown Funk”, który przez czternaście tygodni utrzymywał się na szczycie listy „Billboardu”, czerpie z podobnych brzmień, a zawiera funkowy podkład „More Bounce to the Ounce” (1980) grupy Zapp, której wokalistą był Trutman. Podczas gdy Mars i Ronson zebrali za swój hit Grammy w popowych kategoriach, ani Zapp, ani The Time „muzycznego Oscara” się nie doczekali. Na tegorocznej ceremonii Bruno Mars w towarzystwie The Time oddał muzyczny hołd Prince’owi.

Podczas gali na Twitterze pojawił się hasztag #GrammySoWhite, ale nie był on tak popularny jak #OscarsSoWhite, używany podczas ubiegłorocznego rozdania Oscarów. Niemniej jednak kapituła Grammy powinna pójść w ślady tej oscarowej: zdywersyfikować się i odmłodzić. I zmienić system głosowania. Przez oskarżenia o rasizm i brak orientacji w tym, czego słucha młody odbiorca, nagrody Grammy zaczynają być postrzegane jako skostniały twór bez prestiżu.

Z tych właśnie powodów wokalista Frank Ocean, Drake i Kanye West podarowali sobie uczestnictwo w ceremonii w Staples Center. Jak się okazało, ten drugi dostał dwie statuetki za „Hotline Bling”, ale nagrody krytykuje, między innymi za ignorowanie kultury hip-hop. Ocean z kolei wypomniał kapitule ubiegłoroczną przegraną Lamara ze Swift. Jedyni czarnoskórzy hip-hopowi twórcy, którzy zostali do tej pory nagrodzeni Grammy za „Album roku”, to Outcast („Speakerboxxx/The Love Below”, 2003) i Lauryn Hill („The Miseducation of Lauryn Hill”, 1998).

Lauryn Hill odbiera nagrodę za „Album roku”:

Jak wspomniałam wcześniej, Hill dostała też Grammy w kategorii „Rapowy album roku”. Jeśli chodzi o ten krążek, kapituła stanęła na wysokości zadania, ale to rzadkość. Tak kluczowe postaci dla kultury hip-hop jak Tupac Shakur, Notorious B.I.G, Rakim, Wu-Tang Clan, Public Enemy i Nas nigdy nie dostały żadnej nagrody. Aż trudno uwierzyć, że pierwszy raz Grammy w kategorii „Najlepsze rapowe wykonanie” wręczono dopiero w 1989 roku, czyli równo dziesięć lat po ukazaniu się „Rapper’s Delight” grupy Sugarhill Gang. Mimo że na rynku pojawiły się wówczas takie przełomowe, mocne albumy jak „Straight Outta Campton” N.W.A i „It Takes a Nation of Millions to Hold Us Back” Public Enemy – które nie otrzymały nawet nominacji. Jury wybrało „Parents Just Don’t Understand” Jezzy Jeffa & Fresh Prince’a. Muzycy jednak i tak ceremonię zignorowali, bo okazało się, że wręczenie im nagrody nie będzie transmitowane. Kończąc wątek tegorocznych Grammy i czarnoskórych twórców, mimo wszystko cieszy zasłużona statuetka dla Solange („Najlepsze wykonanie R&B” za „Cranes in the Sky”).

Kolejna rzecz to pojawiające się na 59. ceremonii Grammy polityczne wątki związane z szeroko pojętą czarną kulturą. Jedną z bohaterek show stała się afroamerykańska noblistka Toni Morrison, kiedy Jennifer Lopez zacytowała jej esej „No Place for Self-Pity, No Room for Fear”. Powstał on w 2004 roku, po reelekcji George’a W. Busha na prezydenta USA, a został opublikowany dwa lata temu z okazji 150-lecia magazynu „The Nation”. Autorka pisała o postawie, jaką powinni przyjąć artyści w ciężkich czasach: „nie bać się, nie dać się uciszyć i wziąć się do pracy”.

Słowa te także dziś są aktualnie, nawet jeśli wypowiada je Lopez, mało kojarzona z zaangażowanymi manifestami. Inaczej sprawa ma się z hip-hową grupą A Tribe Called Quest, która pojawiła się na scenie Staples Center w towarzystwie Busty Rhymesa, Consequence’a i Andersona Paaka. Artyści wykonali dwie kompozycje („We The People”, „Movin’ Backwards”) z wydanego po 18 latach przerwy krążka ATCQ „We Got it From Here… Thank You 4 Your Service” oraz fragmenty starszych utworów „Award Tour” i „Can I Kick It”.

Uniesione w górę pięści, kojarzone z Black Power i Czarnymi Panterami, okrzyk „Resist!” i nawoływanie do sprzeciwiania się rasizmowi oraz polityce Donalda Trumpa z jego antyimigracyjnym dekretem „Muslim Ban”, przebicie zbudowanego z cegieł muru jako aluzja do planów zbudowania przez prezydenta USA muru na granicy z Meksykiem i zaproszenie na scenę przedstawicieli różnych kultur i nacji – tak wyglądał występ A Tribe Called Quest.

Utwór „We The People”, sam w sobie jest polityczny, bo opowiada między innymi o nierównościach społecznych, nawiązuje do postulatów Ruchu Praw Obywatelskich, brutalności policji i zabójstw nieuzbrojonych czarnoskórych nastolatków, a przede wszystkim nawołuje do zjednoczenia się. Luty to w Stanach Zjednoczonych Black History Month, czas celebrowania czarnej historii i kultury, dlatego tym bardziej był to dobry moment na zaprezentowanie się w ten sposób podczas ceremonii, którą obejrzały miliony ludzi na świecie. Z drugiej strony uniwersalne przesłanie piosenki skierowane nie tylko do Afroamerykanów wpisało się w nastroje społeczne w Ameryce Trumpa.

Szczególne poruszenie wywołał Rhymes, który nazwał Trumpa „prezydentem pomarańczowym agentem” i podziękował za „niezwieńczony sukcesem Muslim Ban”. Kolor włosów i zamiłowanie do solarium  prezydenta nie po raz pierwszy stały się przedmiotem kpin, ale odezwa rapera miała drugie dno. „Pomarańczowy Agent” to także potoczna nazwa substancji na bazie herbicydów, używanej przez amerykańskie wojska podczas wojny w Wietnamie, a potem w latach 60. w Korei. Substancja nie tylko niszczyła roślinność, ale także sprawiała, że kobiety nawet po wielu latach rodziły zdeformowane dzieci, a ludzie umierali na nowotwory. Dopiero pięć lat temu Amerykanie wyłożyli pieniądze na czyszczenie skażonych terenów w Wietnamie. Polityka Trumpa stała się więc także symbolem trucizny i zniszczenia.

ATCQ i Busta Rhymes mają za sobą nie tylko lata artystycznej współpracy, ale i współdzielenia poglądów (m.in. afrocentryczny kolektyw Native Tongues, islam), ale to temat na inny wpis. A wracając na koniec do Trumpa: doczekał się on setek memów ze sobą w roli głównej. Jeden z najpopularniejszych nawiązuje do tytułu emitowanego przez Netflix serialu „Orange Is the New Black”:snip20151103_90

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 12

Dodaj komentarz »
  1. Pamiętam jak w 2006 roku Grammy pokazało środkowy palec piosenkarce o Afroamerykańskich korzeniach, Mariah Carey. Jej album „The Emancipation of Mimi” z 2005 roku spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem krytyków i publiczności. Nominowany w głownych kategoriach (album roku, najlepsze nagranie, najlepsza piosenka), przepadł w starciu m.in. z U2. Mariah wyszła z ceremonii ze statuetkami w gatunkowych kategoriach, co też nie zostało wówczas transmitowane. I podobne jak teraz Adele pochwaliła Beyonce, lider U2 zrobił to samo w odniesieniu do Carey.

  2. Szkoda , że Trump nie stał się symbolem Pomarańczowej Alternatywy .

  3. „Orange is the new black” odnosi sie zarowno do koloru skory Trumpa jak i jego wlosow, co widac na zalaczonym zdjeciu. Sztuczna opalenizna ma pomaranczowy odcien. A ze Trump czesto wlazi do urzadzenia podtrzymujacego ten kolor skory widac po szarobialych otoczkach, jakie ma wokol oczu.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Sz.P. Wrobel,
    Beyonce od lat nie reprezentuje nic ciekawego artystycznie wartego Grammy i slusznie. To ze nagrala „najlepszy album w swej karierze’ nie oznacza automatycznie statuetki. Tak to nie dziala prosze pani. Affirmative action nie obowiazuje tam gdzie w gre wchodzi art i sport.
    If I may add. Jedynie jej videos dostaja nagrody.
    Przypomne skandaliczne zachowanie sie K. West wobec T. Swift – znowu Beyonce zasluzyla, a nie dostala.
    Pani lubi czarnych artystow, ja lubie artystow – jak pani mysli kto ma sluch „dookola glowy”, pani czy ja. Prosze sobie darowac ten political correctness BS, zapewne pani nie ma czarnych znajomych, ktorych wrecz slag trafia jak slysza „Afro-American”. Tak mnie szlag trafia jak mam siebie okreslac w roznych federalnych czy stanowych papierkach jako „caucasian”. Gdzie Kaukaz, gdzie Wisla. If you catch my drift.

  6. czekam na kolejne wpisy 🙂

  7. Temat u nas zaniedbywany, zaczyna się ciekawie

  8. @kruk – oczywista oczywistość, dziękuję za solariową korektę. 🙂

  9. @maciekplacek
    Szanowny panie,
    Dziękuję za komentarz. Beyonce ma na swoim koncie 22 Grammy (solo i z Destiny’s Child). Jak na trzydziestokilkuletnią artystkę to bardzo dużo. W tym tylko jedną statuetkę za teledysk, otrzymaną w tym roku. Chyba że ma pan na myśli nagrody typu MTV Video Music Awards, ale taka jest też ich teledyskowa specyfika. I to właśnie tam, a nie na Grammy, Kanye zrobił zamieszanie.
    Kanye’go nie usprawiedliwiam, nie jestem też jakąś specjalną fanką Beyonce, a już na pewno nie chodzi mi o affirmative action. Obiektywnie mówiąc – „Lemonade” to płyta kulturotwórcza, skłania do dyskusji, porusza aktualne, niewygodne tematy, tekstowo, muzycznie i wizualnie ciekawa, nie zawsze łatwa w odbiorze, była na ustach wszystkich. Natomiast Adele nagrała ładne, fantastycznie zaśpiewane, popowe piosenki. Kapituła Grammy idzie zwykle bezpieczną drogą, co jest wynikiem m.in. wadliwego systemu głosowania, o czym pisze zasiadający w jury dziennikarz. Zapewne dlatego też znakomite, ale poruszające trudne tematy płyty Public Enemy nigdy nagrody nie dostały. Nie uważam oczywiście, że czarnoskóremu artyście automatycznie należy się nagroda. Podałam takie, a nie inne przykłady, bo blog jest o czarnej Ameryce, ale na przykład David Bowie czy Bjork też żadnej Grammy nie dostali, a bezwzględnie na to zasłużyli. A wracając do samego jury – jego dywersyfikacja (rasowa, wiekowa) jest konieczna. Inaczej sytuacja się nie zmieni, starzy znajomi będą głosować na starych znajomych, a mięsożercy na wegańskie dania, których nie jedzą. Dla mnie muzyka nie ma koloru skóry, interesuje mnie szeroko pojęta kultura czarnej Ameryki i o niej piszę.

    Owszem, mam czarnych znajomych i zdaję sobie sprawę z tego, że określenie „Afroamerykanin” bywa różnie odbierane (ciekawie pisze o tym prof. Randall Kennedy). Osoby, których pochodzenie jest bardziej złożone (szczególnie, jeśli są to kraje nieafrykańskie, a inne, w których zamieszkują osoby o ciemniejszym kolorze skóry), uważają, że „Afroamerykanin” ich ogranicza. Wolą „czarny” lub „czarny Amerykanin” bo to bardziej pojemne. No i podkreśla ich dumę z czarnej rasy. Spotkałam się też z opiniami (szczególnie młodszych) osób, że są wychowane w USA i nie czują się w żaden sposób związane z Afryką, więc najbardziej odpowiada im „black American” lub po prostu „American”, bo „black” uważają za piętnujące. Dla jeszcze innych „Afroamerykanin” jest archaiczny. Wielu osobom jednak to określenie po prostu nie przeszkadza, tym bardziej, że wiele istytucji i festiwali je celebruje, używają go także takie „czarne” media, jak „Ebony”, „The Root” czy „The Grio”. W 2007 roku powstały badania, z których winiknęło, że 24 proc. czarnoskórych preferuje określenie „Afroamerykanin”, a 13% „czarny”, dla 61% nie miało to znaczenia. Nie znam nowszych danych, ale możliwe, że od tamtej pory „black” zyskało więcej sympatyków.

    Nie stawiałabym „Afroamerykanina” w jednym rzędzie z rasistowskimi określeniami „kolorowy” i „Murzyn” i myślę, że nikt rozsądny tego nie robi. Kiedy Trump nazwał czarnych „the African-Americans” czarna Ameryka narzekała na „the”, tożsame z odrzuceniem, innością i uprzedmiotowieniem (analogicznie hitlerowcy mówili o „the” Jews). Zgadzam się natomiast z panem, że „Caucasian” jako określenie rasy powinno być dawno zlikwidowane. I dziękuję za inspirację, na pewno powstanie post na ten temat. 🙂

  10. Sz.P. Wrobel,
    Dziekuje za tak obszerna wypowiedz, zwykle gospodarze i gospodynie blogow nie schodza z Olimpu by porozmawiac z helotami.
    Grammy na zywo nie ogladalem, bylem zajety czyms wazniejszym. PBS nadawal kolejne epizody Masterpiece Theatre: „Mercy Street” oraz „Victoria”. Wybrane fragmenty Grammy obejrzalem z DVR.
    Wychowalem sie w domu gdzie ojciec slucha Black Sabbath, Cream, Hendrixa na przemian z Wagnerem, Sinatra, Glenn Miller i Mozartem, siostry z mama sie „gibaja” do BeeGees, Donna Summer, Barry White, KC and the Sunshine Band, etc. U dziadka krolowaly bakelitowe plyty „His Master’s Voice”, ktore cudem przezyly Powstanie w skrzynce, w piwnicy.
    Lubie wszystko, no prawie. Rapu nieznosze (I don’t get Ebonics), hip-hop moze dla mnie nie istniec. Blues, jazz moge sluchac 24/7/365, w samolocie jak siedze godzinami to slucham Tangerine Dream, Klaus Schulze, Steve Roach, etc. Wracajac do Beyonce. Nie odbieram jej talentu, ale jest w niej cos annoying. Adele po raz pierwszy uslyszalem na stacji uniwerysyteckiej, spiewala „Set Fire To The Rain”. Zauroczyl mnie nie tylko glos, ale i cos w glosie. Jej Oscar za „Skyfall” jest jednym z najlepszych scores do 007, obok „Goldfinger” – by Shirley Bassey.
    Dla mnie nie ma porownania Adele i Beyonce. Adele, she’s sings her heart out, Beyonce, to sztuczki producenta.
    Jak kapitula decyduje, tego nie wiem i prawde mowiac mnie to nie obchodzi. Zawsze sie znajdzie sore loser pulling the race card. Podobnie jest z Oscarami. Moze Beyonce powinna zrobic to co zrobila Lady Gaga i wystapic w duecie z Tony Bennett.
    – Cyt; „Obiektywnie mówiąc – „Lemonade” to płyta kulturotwórcza, skłania do dyskusji, porusza aktualne, niewygodne tematy…”
    Kazimierz Rudzki tak sie wyrazil o „niewygodnych tematach” w piosenkach, parafrazuje: Piosenki powinny byc o milosci, wszystko inne jest w gazetach i ksiazkach.
    Alicia Keys, talent daleko przerastajacy Beyonce, jakos niewidoczna, moze dlatego, ze mama jest honky.
    – Cyt.: „Kiedy Trump nazwał czarnych „the African-Americans” czarna Ameryka narzekała na „the”, tożsame z odrzuceniem, innością i uprzedmiotowieniem (analogicznie hitlerowcy mówili o „the” Jews).” Przyznam sie, ze zupelnie nie wiem o co tu chodzi z tym „the”. Jest coprawda zwrot ktorego nalezy unikac nie tylko wobec mniejszosci, ale i wszystkich: „You people”. Tego Trump w zadnym wystapieniu nie uzyl. To co pani napisala jest simply preposterous i jest echem „Black Lives Matter” – organizacji ponoszacej moralna odpowiedzialnosc za smierc kilkudziesieciu policjantow, w tym wielu czarnych. „Czarna” Ameryka narzekala i narzeka na kazdego kandydata Partii Republikanskiej.
    W kwestii jezykowej, prosze wystapic o zmiane nazw m.in.; NAACP, The United Negro College Fund, The National Association of Colored Women Clubs.
    P.S. Wiech w swojej ksiazce „Manius Kitajec i jego ferajna” mial bohatera imieniem Jumbo (Warszawiak w kolorze zalobnym) – to moze zamienimy Murzyn na Jumbo, hmm..?

    Przyjemnego dnia zycze.

  11. @maciekplacek – Alicia w ubiegłym roku nagrała niezłą płytę „Here”, a „honky” to bardzo nieładne słowo. 🙂
    Trump używał tego zwrotu wielokrotnie, największe kontrowersje wzbudził tym „the” podczas październikowej debaty z Clinton, zresztą użył wówczas tego samego przedimka także przed „Latinos”. Tu pierwszy z brzegu komentarz na ten temat z Huffington Post (choć i głębszych analiz było więcej): http://www.huffingtonpost.com/entry/donald-trump-really-needs-to-quit-saying-the-african-americans_us_58084053e4b0b994d4c43831 Naziści mówili oczywiście „die”, ale wymowa jest ta sama, spotkałam się też z „the gays”. U Trumpa wynikało to pewnie ze zwykłej ignorancji i/lub protekcjonalnego podejścia.
    No tak, podał pan dobre przykłady z tymi archaizmami w nazwie, w końcu NAACP powstało na początku ubiegłego wieku… Tak czy siak, nie czepiałabym się tak tego „Afroamerykanina”.
    Dobrego weekendu. 🙂

  12. sore loser pulling the race card…………sore loser?

  13. @kadafi, @alteris – Dziękuję.