Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Nowy Orlean, 1959 r. Po lewej John Howard Griffin jako czarny Amerykanin.

10.03.2017
piątek

Urodziny „Białego Murzyna”, wiggerzy, postczarność i horror o rasie

10 marca 2017, piątek,

Właściwie to tym razem miało być o jedzeniu, a dokładniej o soul food – jedzeniu duszy. Z okazji pisania posta upiekłam nawet chleb kukurydziany z maślanką, jedną z flagowych potraw tej tradycyjnej afroamerykańskiej kuchni. Jednym z powodów poruszenia tematu była zapowiadająca się arcyciekawie książka Adriana Millera o czarnoskórych kucharzach, którzy karmili amerykańskich prezydentów. I taki post by zapewne powstał, ale bieg wydarzeń zmienił „The Chief”, debiutancki album Jidenny, który swoją premierę miał w tym miesiącu.

Miał być ścieżką dźwiękową do soulfoodowego pisania i gdyby nie trzynasty utwór na krążku, czytalibyście Państwo zupełnie inny tekst. Soul food i jego związki z polityką odkładam na później. Dziś będzie między innymi o „The White Negro” („Białym Murzynie”) Normana Mailera, postrasowości, cienkiej linii między inspiracją a przywłaszczeniem, horrorze o rasie Jordana Peele’a i o tym, dlaczego Rachel Dolezal twierdzi, że informacje o jej białym kolorze skóry są grubo przesadzone.

Kompozycja numer trzynaście na płycie Jidenny to „White Niggas” („Białe czarnuchy”). Tekst utworu w przewrotny sposób opowiada o rasie. A wokalista i raper jako syn białej Amerykanki i Nigeryjczyka, wychowany w Massachusetts i Nigerii, wie o tym sporo.

„Co by było, gdyby ciebie i twoją żonę Madeline spotkało takie traktowanie jak moją rodzinę?/ A gdyby w wiadomościach co wieczór pokazywali zakutych w kajdanki białych chłopców?/ Mam nadzieję, że wiesz, jak walczyć z przestępczością/ Telefon pod 911 nie jest już ratunkiem, ale biletem do celi” – rapuje Jidenna, nawiązując do stereotypowego postrzegania czarnych Amerykanów przez media i sytuacji, w których wymiar sprawiedliwości traktuje ich niesprawiedliwie. 911 to w USA numer, dzięki któremu teoretycznie każdy obywatel może liczyć na pomoc w takich nagłych wypadkach jak pożar, przestępstwo, do którego akurat dochodzi, czy konieczność wezwania karetki. Zdarza się jednak, że uprzedzeni rasowo funkcjonariusze nie spieszą się z dotarciem na miejsce, aby zapobiec tragedii, lub wręcz obracają sprawę przeciwko osobie zgłaszającej problem i trafia ona za kratki.

„The Chief” to płyta eklektyczna, każde kolejne jej przesłuchanie pozwala odkryć coś nowego. A to rytm charakterystyczny dla popularnej w Ghanie i Nigerii muzyki highlife, a to energetyczną socę, a to retrosoulową nostalgię. Album nagrany dla kierowanej przez Janelle Monáe wytwórni Wondaland pokazał, że Jidennę stać na wiele. Zresztą przedsmak jego potencjału mieliśmy już dwa lata temu, kiedy artysta z emploi dandysa zadebiutował singlem „Classic Man”. Nawiasem mówiąc, piosenka ta pojawiła się w jednej z kluczowych scen nagrodzonego Oscarem w kategorii Film roku obrazu „Moonlight” Barry’ego Jenkinsa.

Przewrotność „White Niggas” przypomina fabułę „Brzemienia białego człowieka” („White Man’s Burden”, 1995, reż. Desmond Nakano) z Johnem Travoltą i Harrym Belafonte w rolach głównych. Hasłem reklamującym film śmiało mógłby być tak ostatnio popularny slogan „alternatywne fakty”. W obrazie biały pracownik fabryki czekolady (Travolta) mieszka z rodziną w pełnym przemocy gettcie. Zostaje niesprawiedliwie posądzony o podglądanie czarnej kobiety i pobity przez czarną policję. Natomiast Afroamerykanie (w tym jego szef – w tej roli Belafonte) są w „Brzemieniu…” zwykle bogaci i uprzywilejowani.

Oryginalna nazwa filmu pochodzi oczywiście od tytułu głośnego wiersza Rudyarda Kiplinga „The White Man’s Burden” (1899). Autor opublikował utwór w piśmie „The New York Sun” w kontekście ówczesnej wojny filipińsko-amerykańskiej i amerykańskiej kolonizacji Filipin. Wiersz stał się symbolem usprawiedliwienia kolonializmu i imperialistycznych zapędów krajów z zachodniego kręgu kulturowego. Kipling nazwał kolonizowanych mieszkańców, których należy ucywilizować „ludnością dziką i posępną, będącą w połowie diabłami, w połowie dziećmi”. Wiersz można w całości przeczytać tutaj.

Sam fakt, że w ciągu kilku minut przeszłam od Jidenny do Kiplinga i kompleksu białego zbawcy musi oznaczać, że żyjemy w bardzo ciekawych czasach. Cytując autora „Księgi dżungli”, bez wątpienia także w czasach „posępnych” i idealnych dla wszelkich rasowych fobii. To stwierdzenie ogólne, ale wróćmy do samych Stanów Zjednoczonych. Jak przewiduje Amerykańskie Biuro Spisu Ludności, za trzy lata białe dzieci staną się w USA mniejszością (już nią są w wielu szkołach), a w 2044 r. żadna grupa etniczna nie będzie stanowić więcej niż połowy amerykańskiego społeczeństwa.

Szczególnie w ostatnich latach w dyskursie o rasie mocno zaznaczyły swoją obecność pojęcia „postrasowość” i „postczarność”. Powodów, żeby się nad tematem pochylić, nie brakuje, tym bardziej że słynny esej Normana Mailera „Biały Murzyn” (1957) w tym roku obchodzi 60. urodziny.

Słowo „negro” na określenie osoby czarnoskórej było w chwili ukazania się tekstu dość powszechnie używane, a sam tekst, opublikowany po raz pierwszy w magazynie „Dissent”, ukazał się w czasach, w których na widok przylizanego loczka na czole pucułowatego Billa Haleya ugrzecznione białe nastolatki z przedmieść rozpinały guziki swoich kaszmirowych sweterków. To były lata segregacji rasowej z prawami Jima Crowa, potęgi Kościoła określającego kryteria przyzwoitości i popularności niepokornych beatników. Mailer (tu esej do przeczytania w całości) „białymi Murzynami” nazwał hipsterów – białych nastolatków. Zmęczeni społecznym konformizmem, dekadę wcześniej naśladowali styl bycia, ubierania się, slang i sposób żartowania czarnoskórych jazzmanów. Co prawda Mailer mniejszy nacisk położył na wartościowanie, a większy na analizowanie fenomenu kulturowego zjawiska, ale nie po raz pierwszy okazało się wówczas, że linia między inspiracją a przywłaszczeniem jest bardzo cienka. Wraz z ukazaniem się eseju dwukrotnego laureata Nagrody Pulitzera, określenie „wigger” (połączenie słów „white” lub „wannabe” i „nigger”) znów stało się przedmiotem dyskusji. Dziś to słowo jest mniej popularne, ale wciąż używane, i to głównie w kontekście pejoratywnym i prześmiewczym. Nie zawsze tak było, tym bardziej że przybierało i przybiera ono różne formy.a7a1bfc35858f32ff2ea66967cc427f2Jak podaje słownik „Historical Dictionary of American Slang” (1994), Brytyjczyk John Rolfe, jeden z pierwszych osadników na amerykańskiej ziemi (wyeksponowany w filmach i książkach mąż Pocahontas), opisał w 1619 r. białych, którzy imitują zachowanie czarnych niewolników: zażywają tabakę, chodzą bez koszulki, śpiewają tzw. work songs. Nazwał ich „wegers”. Notka w jego dzienniku była neutralna, a nie negatywnie wartościująca. „Weger” jest prawdopodobnie zbitką wyrazową słów „white” i „neger” („Murzyn” w językach szwedzkim, duńskim, norweskim, węgierskim, niemieckim i niderlandzkim). To ostatnie słowo Rolfe musiał usłyszeć po przybyciu do Nowego Świata.

Jednak najpopularniejszym słowem określającym osobę czarnej rasy było przez wieki „negro” („Murzyn”, „czarny” w językach portugalskim i hiszpańskim). Dzięki osadnikom z Portugalii i Hiszpanii trafiło do języka angielskiego i zagrzało w powszechnym użyciu miejsce przynajmniej do lat 60. ubiegłego wieku, kiedy to między innymi wraz z działalnością Czarnych Panter, Malcolma X i ruchu Black Power zaczęło być uznawane za rasistowskie i obraźliwe.

Do lamusa poszło też akceptowalne wcześniej „colored” (kolorowy), kojarzące się wyjątkowo boleśnie z czasami segregacji rasowej. Nazewnictwo z poprawnością polityczną i socjopolitycznym bagażem w tle to motyw przewodni dla któregoś z kolejnych wpisów, tym bardziej że pod pierwszym postem na blogu rozgorzała na ten temat żywa dyskusja.

Przez długi czas „negro”, podobnie jak wcześniej „neger”, nie miało w świadomości społecznej Amerykanów rasistowskiego podtekstu. Używane dość powszechnie, trafiało do nazw instytucji i tytułów książek, także prominentnych afroamerykańskich twórców (na przykład „The Negro” (1915) W.E.B. Du Boisa czy „Blues People: Negro Music in White America” (1963) Amiri Baraki). Skoro popularny był „negro”, musiał pojawić się i „wegro” (połączenie „white” i „negro”), dziś uważany za mniej obraźliwą wersję „wiggera”.

Pierwszy raz na szeroką skalę określenia tego użył dziennikarz Jason Tanz w swojej książce „Other People’s Property: A Shadow History of Hip-Hop in White America” (2007). Tanz, opierając się na własnych doświadczeniach, pisał głównie o fascynacji białych nastolatków z przedmieść kulturą hip-hop. Zagłębił się też w historię kulturowego przywłaszczenia: kradzieży przez białych kulturowej tożsamości Afroamerykanów: muzyki, sposobu ubierania się, slangu. I promowania tej kultury jako własnej lub bez publicznego przyznania się do daleko idącej inspiracji.

W 1999 r. Mark Levin nakręcił komedię „Whiteboyz” o trójce białych przyjaciół wychowanych w małej miejscowości w stanie Iowa. Wierz oni, że są czarni, i marzą o karierach gangsta raperów. Współautorem scenariusza i odtwórcą jednej z głównych ról jest tu komik Danny Hoch, znany ze skeczy poruszających tematy zbliżone do tego w filmie. Krytycy nie zostawili na „Whiteboyz” suchej nitki i nic dziwnego, ale ze ścieżką dźwiękową obeszli się łaskawiej. Na płycie pojawiły się utwory m.in. Slick Ricka i Snoop Dogga, którzy także zagrali w produkcji.

Ofiar takiego przywłaszczenia kulturowego historia muzyki rozrywkowej zna wiele. Jedne z najbardziej wyrazistych to czarnoskórzy Chuck Berry – pierwszy król rock&rolla i Fletcher Henderson – architekt swingu. Biorąc pod uwagę historię niesprawiedliwości społecznej, temat to trudny i dla czarnych Amerykanów drażliwy. Ale wróćmy do hip-hopu. Od kiedy stał się przekraczającym bariery rasowe fenomenem kulturowym, a na początku lat 90. powstało badanie, z którego wynikało, że 80 proc. osób kupujących rapowe płyty to młodzi biali mężczyźni z amerykańskich przedmieść, o zafascynowanej nim białej Ameryce napisano wiele. Kolejna ważna pozycja to „Why White Kids Love Hip Hop: Wankstas, Wiggers, Wannabes, and the New Reality of Race in America” (2005) Bakari Kitwany. Nie bez powodu raper Ice-T nadał swojej piątej solowej płycie tytuł „Home Invasion” (1993). Dyskusja toczyła się wówczas o popularności gangsta rapu wśród białych nastolatków.

Dziś wraz z potęgą streamingu, zadomowieniem się rapu w maistreamie, tego, w jaki sposób zmienił muzykę popularną, oraz zmianami etnicznymi i demograficznymi w samej Ameryce – wiele granic mocno się zaciera. Na amerykańskiej scenie hip-hopowej wciąż jednak pojawiają się raperzy (Dangeruss, Riff Raff, bardziej karykaturalni niż Vanilla Ice i Marky Mark razem wzięci), których wizerunek bywa przedmiotem parodii różnej maści komików. Jakkolwiek dobry nie byłby rapujący biały artysta (Eminem, Mac Miller), jedno jest pewne: hip-hop to jedna z niewielu dziedzin, w których to biali muszą starać się dwa razy bardziej, żeby zapracować sobie na sukces i szacunek.

Bohaterowie „Whiteboyz” tylko marzyli o byciu czarnymi, a dziennikarz John Howard Grittin jak postanowił, tak zrobił. W 1959 r. spędził kilka miesięcy na rasistowskim południu USA jako Afroamerykanin. Kolor skóry zmienił dzięki jarzeniówce, specjalnej farbie i medykamentom wzmacniającym pigmentację. Reportaż wcieleniowy „Czarny jak ja”, który po raz pierwszy ukazał się w 1961 r., wywołał – co zrozumiałe – szczególnie w Ameryce, wielkie poruszenie. Książka trafiła na amerykański rynek w trudnych dla Afroamerykanów czasach: zamieszek na tle rasowym, nierównych praw i wciąż częstych linczów na Południu.

W 1955 r. Rosa Parks odmówiła ustąpienia miejsca w autobusie w Alabamie, ale droga do prawdziwego równouprawnienia była jeszcze długa. Dziennikarz opisał, jak biali kierowcy pytali go o rozmiar przyrodzenia, sklepikarze nie chcieli sprzedać jedzenia, jak przemierzał kilka kilometrów, żeby skorzystać z toalety dla czarnoskórych i pracował jako pomocnik pucybuta w Nowym Orleanie. Misja Griffina – obnażenie rasizmu, została osiągnięta, ale nie bez konsekwencji, bo autor i jego rodzina dostawali pogróżki, między innymi od członków Ku Klux Klanu. Dziewięć lat później prezydent Lyndon B. Johnson podpisał ustawę oficjalnie delegalizującą segregację rasową (Civil Rights Act), co oczywiście nie oznaczało natychmiastowego zniknięcia dyskryminacji. Dziś „Czarny jak ja” jest lekturą obowiązkową w amerykańskich szkołach. W ubiegłym roku do naszych księgarń trafiło nowe polskie (świetne!) tłumaczenie książki. Wtedy też miałam okazję po raz pierwszy przeczytać ją w ojczystym języku.

Nowy Orlean, 1959 r. Po lewej John Howard Griffin jako czarny Amerykanin.

Nowy Orlean, 1959 r. Po lewej John Howard Griffin jako czarny Amerykanin.

Reportaż Griffina ukazał się cztery lata po publikacji „The White Negro” Mailera, co tylko wzmogło dyskusję o tożsamości rasowej i wiggerach. Podróżując po południu USA, dziennikarz wielokrotnie słyszał z ust białych słowo „nigger” (czarnuch). Do dziś uważane jest za rasistowskie, choć w kulturze hip-hop i szeroko rozumianych miejskie społecznościach („urban comminities”) często akceptowalne. W formie „nigga” zyskało znaczenie „kumpla” i „ziomka” (na przykład „Niggas in Paris” Jaya-Z i Kanye’go Westa czy „Hot Nigga” Bobby’ego Shmurdy”).

Bardzo ciekawa historia „niggera” i jego uzusu to bez wątpienia temat do wykorzystania w którymś z kolejnych postów. Teraz dla porządku kilka słów o etymologii. „Nigger” pochodzi bezpośrednio od łacińskiego przymiotnika „niger” (czarny), jest też pochodną portugalskiego i hiszpańskiego „negro”. I podobnie jak „negro” właśnie, w wielu środowiskach do pewnego momentu (w tym przypadku pierwsza połowa ubiegłego wieku) nie było powszechnie uważane za obraźliwe. Według „Oxford English Dictionary” (1984) słowo „nigger” pisane przez dwa „g” zostało po raz pierwszy użyte w druku w 1775 r. Wraz z popularnością „niggera” „wigger” zaczął zadomawiać się w amerykańskiej kulturze.

W 1904 r. Thomas Edison nakręcił trzyminutowy eksperymentalny film „Three Little Wiggers” o trzech białych chłopcach z wyższej klasy średniej, którzy wyglądem i sposobem bycia naśladują czarnoskórych. Jednak pierwszym wiggerem, który zdobył popularność dzięki kinu, był bohater przełomowej dla dźwiękowego kina produkcji „Śpiewak jazzbandu” (1927, reż. Alan Crosland). Syna żydowskiego kantora, który ucieka z domu, żeby zostać artystą wodewilowym, zagrał tu Al Jolson. Na scenie śpiewał jazzowe piosenki, ucharakteryzowany na czarnego.

Pomysł nie był nowy. Przynajmniej od końca XVIII wieku w ministrelsach i wodewilach występowali biali, używając formuły „blackface”, utrwalającej stereotypy rasowe. W późniejszych latach na dużym ekranie wiggerów (już bez „blackface”) było sporo. Kilka przykładów: Seth Green jako Kenny Fisher w „Szalonej imprezie” (1998, reż. Harry Elfont, Deborah Kaplan), Sasha Baron Cohen jako Ali G („Ali G Indahouse”, 2010, reż. Mark Mylod) i Giovanni Ribisi jako Tim Briggs w „Kontrabandzie” (2012, reż. Baltasar Kormákur).

Przełomowy tekst o wiggerach napisał w 1994 roku William „Upski” Wimsatt. Esej „Wigger. Confessions of a White Wannabe” (do przeczytania tutaj) ukazał się w bardzo ważnej dla miejskiej kultury i dyskusji o rasie książce „Bomb the Suburbs: Graffiti, Race, Freight-Hopping and the Search for Hip-Hop’s Moral Center”. Tupac Shakur powiedział, że to najlepsza rzecz, jaką przeczytał w więzieniu. Upski, zafascynowany czarną kulturą biały dziennikarz, pisarz i aktywista, wychował się w South Side w Chicago, części miasta zamieszkałej głównie przez Afroamerykanów. Jako nastolatek był artystą graffiti, od kiedy pamięta, utożsamiał się z szeroko pojętą czarną kulturą.

Wspominał, jak czarnoskórzy koledzy nazywali go „bratem” i „naszym czarnuchem” (ziomkiem). Przytaczając słowa o rasie pisarza Jamesa Baldwina i bazując na własnych doświadczeniach, Upski w wyważony i wnikliwy sposób analizował różnice między inspiracją a przywłaszczeniem. Zastanawiał się, jakie powinno być miejsce osoby o białym kolorze skóry w świecie, do którego teoretycznie nie przynależy. Gdyby nie historia rasowej opresji wobec czarnych ze wszystkimi jej konsekwencjami, autor z pewnością nie musiałby zadawać sobie takiego pytania.

W 2017 r. bywa ono wciąż aktualne, ale dyskurs o rasie się zmienia. I znów nie bez znaczenia jest tu kontekst Ameryki, w której biali obywatele niedługo przestaną być większością. Termin „postrasowość” wrócił do łask w 2008 r. po tym, jak Barack Obama został pierwszym czarnoskórym prezydentem USA. Mogło się wydawać, że w multikulturowych Stanach Zjednoczonych nastąpiły postęp i redefinicja rasy.

Paradoksalnie to za czasów Obamy powstał ruch #BlackLivesMatter jako protest przeciwko brutalności policji wobec Afroamerykanów. To za czasów Obamy wybuchły zamieszki w Feguson i Baltimore, zostali zabici Mike Brown, Trayvon Martin i inni. Z drugiej strony: nikt chyba nie podejrzewał, że jego prezydentura wyleczy rasizm. Ikona lewicowych intelektualistów, afroamerykański pisarz, aktywista i wykładowca Cornel West, nie wierzy w postrasową Amerykę, podobnie jak dziennikarz i pisarz Ta-Nehisi Coates, który napisał na ten temat cenny komentarz.

Warto też zajrzeć do wydanej pięć lata temu książki Touré’a „Who’s Afraid of Post-Blackness?: What It Means to Be Black Now”. To ważny głos na temat postczarności: rozważania o nowym pokoleniu Afroamerykanów, którzy nie chcą być postrzegani wyłącznie przez pryzmat rasy, a ich „czarność” wymaga wielu definicji. Portretem tego pokolenia jest satyra „Drodzy biali ludzie” (2014, reż. Justin Simien). Na jej podstawie powstał serial dla Netflixa, jego trailer zdążył już wzbudzić spore kontrowersje (pojawiają się tam biali w blackface). Premiera 28 kwietnia.

Jeśli jednak założymy, że Ameryka jest postrasowa, najbardziej kuriozalny tego przykład to Rachel Dolezal. W dzieciństwie miała urodę blond cherubinka, jednak twierdzi, że od zawsze czuła się Afroamerykanką. Do tego stopnia, że zanim zapisała się na znany z afroamerykańskich tradycji Uniwersytet Howarda, zrobiła sobie trwałą ondulację, zaczęła ochoczo korzystać z solarium i funkcjonować w społeczeństwie jako czarnoskóra osoba. Po studiach została wykładowcą akademickim i szefową jednego z oddziałów National Association for the Advancement of Colored People, organizacji wspierającej edukację i prawa czarnych.

Rachel Dolezal jako nastolatka i dorosła kobieta.

Rachel Dolezal jako nastolatka i dorosła kobieta.

Skandal wybuchł, kiedy dwa lata temu do mediów zgłosili się członkowie jej rodziny, którzy ujawnili prawdziwe pochodzenie Dolezal. Przeszła się wówczas po wszystkich liczących się talk-shows, konsekwentnie zaprzeczając, jakoby była biała i spokrewniona z ludźmi podającymi się za jej rodzinę. Później przyznała, że „biologicznie jest biała”, ale „identyfikuje się z czarną rasą”.

Po tych rewelacjach Dolezal straciła pracę, ostatnio zmieniła imię i nazwisko na afrykańskie Nkechi Amare Diallo i planuje wydanie autobiografii „In Full Color: Finding My Place in a Black and White World”. Książka ma się ukazać w USA 28 marca tego roku.

Na koniec wpisu proponuję, żeby obejrzeli Państwo trailer komediowego horroru z rasowymi niuansami w roli głównej. Film „Uciekaj!” („Get Out”, 2017, reż. Jordan Peele – połowa duetu Key&Peele) w dzień premiery trafił na pierwsze miejsce amerykańskiego box-office’u. Historia o czarnym młodym mężczyźnie (Daniel Kaluuya), który wraz ze swoją białą dziewczyną jedzie po raz pierwszy do jej rodzinnego domu, przybiera zaskakujący obrót. Jaki? Film ma trafić do polskich kin 28 kwietnia.

Wśród publiczności, która do tej pory obejrzała w Stanach fabułę, 38 proc. stanowią Afroamerykanie, a 35 proc. biali. Może więc jednak ta postrasowość to nie żadna bujda?

PS I jeszcze małe postscriptum. Wczoraj  (9 marca) była 20. rocznica śmierci nowojorskiego rapera Notoriousa B.I.G., który został zastrzelony w Los Angeles we wciąż niewyjaśnionych okolicznościach. Hołd jednemu z najważniejszych artystów hip-hopowych złożył DJ Mister Cee. Oto jego znakomity set z najważniejszymi utworami Biggiego, nieco podkręcony bitami we współczesnym stylu, plus mashupy z hip-hopowymi przebojami innych twórców. Set z ubiegłego roku, ale posłuchać warto. Czy właśnie tak brzmiałby teraz król Nowego Jorku?

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 5

Dodaj komentarz »
  1. Czekam na tekst o soul food . Książka ” Czarny jak ja ” faktycznie godna uwagi .

  2. @Justa* – Postaram się sprostać. 🙂

  3. Hip hop jest popularny wśród białych mężczyzn z powodu jego pociągającej kultury macho, wzorca twardego, bezwzględnego faceta, w wiecznej walce z niesprawiedliwym, opresyjnym systemem. Faceta, dla którego liczą się pieniądze, seks i szacunek na dzielni.

  4. @p.Klex, zgadza sie, czego dowodem jest, ze hip hop byl przez lata ulubionym rodzajem muzykim popularnej so – called president . Uczucia do niedawno byly wzajemne. Hip hopowcy wspominali Tr. w ostatnim polroczu kampanii wyborczej w swoich tekstach kilkaset razy – w pozytywnym kontekscie. Teraz podobno milosc sie skonczyla.

  5. @zyta2003 – Różnie to bywało. W każdym razie, żeby była jasność – ani nie jestem Trumpa fanką ani go nie bronię, a opis jego i jego ojca działań, które można uznać za podszyte rasizmem zająłby kolejny wpis, ale w nawiązaniu do tego, co pani pisze, przypomniał mi się artykuł z magazynu „Vibe”, który ukazał się w 1999 roku. O tym, jak to Trump kumpluje się ze środowiskiem hip-hopowym. Choć i tak uważam, że jedyny kolor, jaki się liczy dla Trumpa to zielony, ale jeszcze niedawno zalożyciel wytwórni Def Jam Russel Simmons bronił Trumpa, mówiąc, że przyjaźni się z nim od lat i Donald na pewno nie jest rasistą. Teraz milczy… a tu link do wspomnianego artykułu:
    https://books.google.pl/books?id=tygEAAAAMBAJ&pg=PA104&lpg=PA104&dq=Donald+Trump+Vibe+Method+Man&source=bl&ots=vzJfN0TilA&sig=cFIs8pumnk–l5RB03ju6B3p5kw&hl=pl&sa=X&ved=0ahUKEwiY7q-rpPbSAhVBWCwKHUboC4QQ6AEIJDAB#v=onepage&q=Donald%20Trump%20Vibe%20Method%20Man&f=false