Białe Grammy, pomarańczowy Trump i czarna siła

59. ceremonia rozdania nagród Grammy, którą James Corden poprowadził z niedzieli na poniedziałek naszego czasu w Staples Center w Los Angeles, zostawiła po sobie przynajmniej kilka pytań, zadawanych nie tylko w świecie szeroko pojętej czarnej muzyki.

Czy fakt, że Beyoncé ze swoim albumem „Lemonade” przegrała z Adele i jej „25” w kategorii „Album roku”, znów świadczy o marginalizowaniu czarnoskórych twórców, szczególnie kiedy konkurują z białymi artystami w najważniejszych kategoriach? Wystarczy przypomnieć choćby ubiegłoroczną przegraną znakomitego krążka „To Pimp a Butterfly” rapera Kendricka Lamara z popowym albumem „1989” Taylor Swift. (Z nieco innej strony naświetla sprawę Bartek Chaciński na Polifonii). Czy po po tym, jak Adele wygłosiła płomienną mowę na część Beyonce, rzeczywiście oddała jej połowę złamanej statuetki?

Czy fakt, że Chance The Rapper wygrał w kategorii „Najlepszy nowy artysta”, świadczy o tym, że kapituła jest jednak bardziej postępowa, niż się wydaje, czy po prostu postanowiła rzucić coś na odczepne rapowemu artyście w jednej z kluczowych kategorii?

Jakkolwiek brzmi odpowiedź na to pytanie, biorąc pod uwagę długą historię ignorowania afroamerykańskich hip-hopowców przez Grammy, wygrana Chance’a jest nie do przecenienia z kilku powodów. To pierwszy czarnoskóry rapowy twórca od czasu zwycięstwa Lauryn Hill, który odebrał statuetkę w tej ważnej kategorii. Dostał też dwie kolejne Grammy („Rapowa Płyta Roku” i „Najlepsze Rapowe Wykonanie”) za mixtape „Coloring Book” i pochodzący z niego utwór „No Problem”.

No właśnie, nie nazwał projektu „albumem”, a „mixtapem”, a piosenek nigdy nie wydał w formie fizycznego nośnika, dostępne są wyłącznie za pośrednictwem serwisów streamingowych. „Coloring Book” promowały dwa single, ale żaden z nich nie trafił oficjalnie do sprzedaży. Jest pierwszym artystą w historii, który dostał Grammy za mixtape dostępny w streamingu. Chance The Rapper, który nie ma podpisanego kontraktu z żadną wytwórnią płytową, mógł tego dokonać, bo w ubiegłym roku kapituła nagrody wprowadziła nowe zasady, umożliwiające nominowanie artystów funkcjonujących tak jak on. A nawiasem mówiąc, nie jest żadnym debiutantem, bo w 2012 r. umieścił w sieci pierwszego mixtape’a „10 Day”. Trzeba jednak docenić fakt, że 23-letni chicagowski raper uchylił drzwi zamknięte do tej pory dla wielu niezależnych muzyków.

Chance The Rapper odbiera Grammy w kategorii „Najlepszy nowy artysta”:

Na naszych oczach rozegrała się mała rewolucja, ale jeśli chodzi o kwestie równościowe, przed nagrodami Grammy jeszcze długa droga. Wróćmy zatem do wcześniejszych pytań i dość oczywistych na nie odpowiedzi. Beyoncé nagrała w ubiegłym roku najlepszy album w swojej karierze – szeroko dyskutowaną i wychwalaną przez krytyków osobistą opowieść, między innymi o rasistowskiej Ameryce. Dostała dziewięć nominacji, a do jej rąk trafiły dwie statuetki w pobocznych kategoriach „Najlepsza płyta urban contemporary” i „Najlepszy teledysk” (za „Formation”).

Można nie lubić „kozich” zaśpiewów Rihanny, ale trzeba przyznać, że jej nominowana osiem razy płyta „Anti” jest solidna produkcyjnie i muzycznie eklektyczna. Niestety, wokalista poszła do domu z pustymi rękami, choć wyglądało na to, że i tak bawi się świetnie, stojąc wśród publiczności i popijając alkohol z obklejonej błyskotkami piersiówki.

Abstrahując od sukcesu komercyjnego krążka, który nie powinien być kryterium przy nagradzaniu (choć wydaje się, że w przypadku białych artystów często jest), spójrzmy na kategorię, w jakiej umieszczono jedną z piosenek Rihanny. Zawierające elementy dubstepu i trapu, mocno elektroniczne „Needed Me” nominowano za „Najlepsze wykonanie R&B” – między innymi wraz z ciepłymi, soulowymi kompozycjami Musiq Soulchilda i Ro Jamesa. A to przykład pierwszy z brzegu.

Rihanna podczas występu A Tribe Called Quest:

Od czasu rozdania pierwszych Grammy w 1959 r. na 58 nagród w kategorii „Album roku” tylko dziesięć trafiło do afroamerykańskich muzyków, z czego trzy otrzymał Stevie Wonder. Ostatnim czarnoskórym artystą nagrodzonym za płytę roku jest Herbie Hancock. Statuetkę dostał w 2008 r. za płytę z… coverami utworów Joni Mitchell.

Takie ikony muzyki jak Bob Marley, Jimi Hendrix, Chuck Berry czy Ray Charles za życia nie dostały ani jednej statuetki, a Dianie Ross dopiero po latach przyznano nagrodę za całokształt twórczości. Nic dziwnego, większość jurorów zasiadających w kapitule Grammy to biali mężczyźni w mocno średnim wieku, którzy głosują na to, z czym się osłuchali, nawet jeśli się na tym nie znają.

Jak napisał w tekście dla portalu magazynu „Complex” jeden z jurorów Grammy, dziennikarz muzyczny Rob Kenner, winny jest system, który sprawia, że wszyscy głosują na wszystkie kategorie. Efekt jest taki, że fani heavy metalu wybierają najlepszą płytę z rapem, reggae i elektroniką. Na przykład w tym roku jury w jednym rzędzie (kategoria „Najlepszy album z muzyką taneczną/elektroniczną”) umieściło różne stylistycznie krążki Jarre’a i Flume.

Z drugiej strony wydaje się, że Beyoncé i Rihannę znają wszyscy, ale nietrudno zrozumieć, że bardziej z jurorami będzie rezonować muzyka Taylor Swift i Adele. Współproducentem krążka tej ostatniej jest Bruno Mars, który za pracę przy „25” zgarnął piątą statuetkę w swojej karierze. Mars jest mistrzem kulturowego przywłaszczenia, vide jego najnowszy album „24K Magic” z brzmieniem Rogera Troutmana i Minneapolis sound (The Time, Prince, Sheila E.). Nagrany trzy lata temu wraz z Markiem Ronsonem przebój „Uptown Funk”, który przez czternaście tygodni utrzymywał się na szczycie listy „Billboardu”, czerpie z podobnych brzmień, a zawiera funkowy podkład „More Bounce to the Ounce” (1980) grupy Zapp, której wokalistą był Trutman. Podczas gdy Mars i Ronson zebrali za swój hit Grammy w popowych kategoriach, ani Zapp, ani The Time „muzycznego Oscara” się nie doczekali. Na tegorocznej ceremonii Bruno Mars w towarzystwie The Time oddał muzyczny hołd Prince’owi.

Podczas gali na Twitterze pojawił się hasztag #GrammySoWhite, ale nie był on tak popularny jak #OscarsSoWhite, używany podczas ubiegłorocznego rozdania Oscarów. Niemniej jednak kapituła Grammy powinna pójść w ślady tej oscarowej: zdywersyfikować się i odmłodzić. I zmienić system głosowania. Przez oskarżenia o rasizm i brak orientacji w tym, czego słucha młody odbiorca, nagrody Grammy zaczynają być postrzegane jako skostniały twór bez prestiżu.

Z tych właśnie powodów wokalista Frank Ocean, Drake i Kanye West podarowali sobie uczestnictwo w ceremonii w Staples Center. Jak się okazało, ten drugi dostał dwie statuetki za „Hotline Bling”, ale nagrody krytykuje, między innymi za ignorowanie kultury hip-hop. Ocean z kolei wypomniał kapitule ubiegłoroczną przegraną Lamara ze Swift. Jedyni czarnoskórzy hip-hopowi twórcy, którzy zostali do tej pory nagrodzeni Grammy za „Album roku”, to Outcast („Speakerboxxx/The Love Below”, 2003) i Lauryn Hill („The Miseducation of Lauryn Hill”, 1998).

Lauryn Hill odbiera nagrodę za „Album roku”:

https://youtu.be/1JLDPu2ktJI

Jak wspomniałam wcześniej, Hill dostała też Grammy w kategorii „Rapowy album roku”. Jeśli chodzi o ten krążek, kapituła stanęła na wysokości zadania, ale to rzadkość. Tak kluczowe postaci dla kultury hip-hop jak Tupac Shakur, Notorious B.I.G, Rakim, Wu-Tang Clan, Public Enemy i Nas nigdy nie dostały żadnej nagrody. Aż trudno uwierzyć, że pierwszy raz Grammy w kategorii „Najlepsze rapowe wykonanie” wręczono dopiero w 1989 roku, czyli równo dziesięć lat po ukazaniu się „Rapper’s Delight” grupy Sugarhill Gang. Mimo że na rynku pojawiły się wówczas takie przełomowe, mocne albumy jak „Straight Outta Campton” N.W.A i „It Takes a Nation of Millions to Hold Us Back” Public Enemy – które nie otrzymały nawet nominacji. Jury wybrało „Parents Just Don’t Understand” Jezzy Jeffa & Fresh Prince’a. Muzycy jednak i tak ceremonię zignorowali, bo okazało się, że wręczenie im nagrody nie będzie transmitowane. Kończąc wątek tegorocznych Grammy i czarnoskórych twórców, mimo wszystko cieszy zasłużona statuetka dla Solange („Najlepsze wykonanie R&B” za „Cranes in the Sky”).

Kolejna rzecz to pojawiające się na 59. ceremonii Grammy polityczne wątki związane z szeroko pojętą czarną kulturą. Jedną z bohaterek show stała się afroamerykańska noblistka Toni Morrison, kiedy Jennifer Lopez zacytowała jej esej „No Place for Self-Pity, No Room for Fear”. Powstał on w 2004 roku, po reelekcji George’a W. Busha na prezydenta USA, a został opublikowany dwa lata temu z okazji 150-lecia magazynu „The Nation”. Autorka pisała o postawie, jaką powinni przyjąć artyści w ciężkich czasach: „nie bać się, nie dać się uciszyć i wziąć się do pracy”.

Słowa te także dziś są aktualnie, nawet jeśli wypowiada je Lopez, mało kojarzona z zaangażowanymi manifestami. Inaczej sprawa ma się z hip-hową grupą A Tribe Called Quest, która pojawiła się na scenie Staples Center w towarzystwie Busty Rhymesa, Consequence’a i Andersona Paaka. Artyści wykonali dwie kompozycje („We The People”, „Movin’ Backwards”) z wydanego po 18 latach przerwy krążka ATCQ „We Got it From Here… Thank You 4 Your Service” oraz fragmenty starszych utworów „Award Tour” i „Can I Kick It”.

Uniesione w górę pięści, kojarzone z Black Power i Czarnymi Panterami, okrzyk „Resist!” i nawoływanie do sprzeciwiania się rasizmowi oraz polityce Donalda Trumpa z jego antyimigracyjnym dekretem „Muslim Ban”, przebicie zbudowanego z cegieł muru jako aluzja do planów zbudowania przez prezydenta USA muru na granicy z Meksykiem i zaproszenie na scenę przedstawicieli różnych kultur i nacji – tak wyglądał występ A Tribe Called Quest.

Utwór „We The People”, sam w sobie jest polityczny, bo opowiada między innymi o nierównościach społecznych, nawiązuje do postulatów Ruchu Praw Obywatelskich, brutalności policji i zabójstw nieuzbrojonych czarnoskórych nastolatków, a przede wszystkim nawołuje do zjednoczenia się. Luty to w Stanach Zjednoczonych Black History Month, czas celebrowania czarnej historii i kultury, dlatego tym bardziej był to dobry moment na zaprezentowanie się w ten sposób podczas ceremonii, którą obejrzały miliony ludzi na świecie. Z drugiej strony uniwersalne przesłanie piosenki skierowane nie tylko do Afroamerykanów wpisało się w nastroje społeczne w Ameryce Trumpa.

Szczególne poruszenie wywołał Rhymes, który nazwał Trumpa „prezydentem pomarańczowym agentem” i podziękował za „niezwieńczony sukcesem Muslim Ban”. Kolor włosów i zamiłowanie do solarium  prezydenta nie po raz pierwszy stały się przedmiotem kpin, ale odezwa rapera miała drugie dno. „Pomarańczowy Agent” to także potoczna nazwa substancji na bazie herbicydów, używanej przez amerykańskie wojska podczas wojny w Wietnamie, a potem w latach 60. w Korei. Substancja nie tylko niszczyła roślinność, ale także sprawiała, że kobiety nawet po wielu latach rodziły zdeformowane dzieci, a ludzie umierali na nowotwory. Dopiero pięć lat temu Amerykanie wyłożyli pieniądze na czyszczenie skażonych terenów w Wietnamie. Polityka Trumpa stała się więc także symbolem trucizny i zniszczenia.

ATCQ i Busta Rhymes mają za sobą nie tylko lata artystycznej współpracy, ale i współdzielenia poglądów (m.in. afrocentryczny kolektyw Native Tongues, islam), ale to temat na inny wpis. A wracając na koniec do Trumpa: doczekał się on setek memów ze sobą w roli głównej. Jeden z najpopularniejszych nawiązuje do tytułu emitowanego przez Netflix serialu „Orange Is the New Black”:snip20151103_90