Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Czarna Ameryka - Blog Marty Wróbel Czarna Ameryka - Blog Marty Wróbel Czarna Ameryka - Blog Marty Wróbel

23.06.2018
sobota

Beyonce i Jay-Z: Trapy w Luwrze i beka z postkolonializmu

23 czerwca 2018, sobota,

Carterowie wydali kilka dni temu wspólną płytę „Everything Is Love” i zachęcili mnie do reaktywacji bloga „Czarna Ameryka”. Bo prócz przechwałek dotyczących majątku, statusowości oraz opowieści o zdradach i powrotach na tym krążku – w jego warstwie tekstowej, muzycznej i wizualnej (na razie w postaci jednego klipu do singla „Apeshit”) – dzieje się wiele ciekawych, a nawet przełomowych dla afroamerykańskiej kultury i współczesnej kultury w ogóle rzeczy. „Everything Is Love” to trzecia część prywatnej muzycznej trylogii duetu, poprzedzonej bardzo dobrymi płytami obojga – „Lemonade” Beyoncé (2016) i „4:44” Jaya-Z (2017).

Wokalistka Beyoncé i raper Jay-Z, para w życiu, a ostatnio ponownie także na scenie. Będą ją dzielić 30 czerwca na Stadionie Narodowym w Warszawie w ramach trwającej właśnie trasy „On The Run II”. Razem mają na koncie ponad 40 statuetek Grammy. Według „Forbesa” Jay jest najbogatszym hip-hopowym artystą na świecie – w ubiegłym roku zarobił 900 mln dol., jego żona jedną trzecią tej sumy. Zarówno tę wyliczankę, jak i kolejną – o liczbie hitów, sprzedanych albumach, pierwszych miejscach na listach przebojów i pozamuzycznych biznesach państwa Carterów – znają chyba wszyscy, którzy choć trochę interesują się współczesną czarną muzyką i szerzej pojętą muzyką popularną. Dlatego dalszego wpisu na ten temat nie będzie. Będzie za to na pewno m.in. o trapach w Luwrze i bece z postkolonializmu.

„Have you ever seen the crowd goin’ apeshit”? („Czy kiedykolwiek widzieliście tłum, który oszalał?”) – pyta Beyoncé, rapując do trapowej produkcji Pharrella Williamsa w asyście auto-tune’a i członków tria Migos. Nawiasem mówiąc, to muzycy z Atlanty jako pierwsi nagrali tę kompozycję, oryginalna wersja właśnie wyciekła do sieci. Idiom „going ape” i jego bardziej wulgarna wersja „going apeshit” zadomowił się w języku potocznym w Stanach Zjednoczonych w latach 50. ubiegłego wieku. Leksykograf Kory Stamper pisze na swoim blogu „Strong Language”, że „wyrażenie to określa niekontrolowane wybuchy szaleństwa, pełne negatywnych emocji, a nawet przemocy”.

Jak wiadomo, „ape” to „małpa”. Słowo bywa, że używane pod adresem czarnoskórych jako rasistowska obelga. Mamy więc drugie dno, a znaczeń jest o wiele więcej. Klip do piosenki w reżyserii Ricky’ego Saiza został nagrany w Luwrze z neoklasycystyczną, „białą” sztuką epoki kolonialnej w tle. Nie brakuje też w nimapoteozy piękna czarnego ciała, czarnej sztuki i postaci klęczących na wzór futbolistów, którzy słuchając amerykańskiego hymnu, protestują przeciwko dyskryminacji, przemocy wobec Afroamerykanów i wyłączności białych szefów na NFL.

Zamiast zadomowionego w śródziemnomorskiego kulturze białego anioła mamy w teledysku czarnego. Jest i sprzeciwienie się europejskim kanonom piękna. Kiedy Beyoncé staje koło posągu greckiej bogini Nike – symbolu zwycięstwa – wydaje się przywoływać spopularyzowane w latach 60. ubiegłego wieku hasło „black is beautiful” („czarne jest piękne”). Na tle „Portretu pani Récamier” Jacquesa-Louisa Davida z 1800 r., z podobizną jednej z najbardziej poważanych wówczas paryskich dam, siedzą dwie nagie czarnoskóre kobiety z tzw. do-ragami na głowach. Są to chusty, często zrobione z taniego poliestru, zawdzięczające popularność miejskiej modzie i kulturze hip-hop. Kolejny komunikat – zbliżenie kamery na obraz „Portret Murzynki” (1800) Marie Guillemine Benoist, zainspirowany dekretem o zniesieniu niewolnictwa w posiadłościach francuskich, symbol emancypacji kobiet i czarnoskórych w ogóle.

Kulturze hip-hop, co naturalne, bliżej było zawsze do street artu i szerzej pojmowanej sztuki współczesnej niż sztuki dawnej. Wystarczy wspomnieć Nowy Jork, lata 70. i 80., wspólne projekty Fab 5 Freddy’ego i Jeana Michela Basquiata, związki ze sceną graffiti Keitha Haringa, fascynacje Andy’ego Warhola samplingiem. Jedne z ciekawszych przykładów z ostatnich lat to współprace Kanye’go Westa z George’m Condo i Takashim Murakamim oraz sposób, w jaki artysta Rashaad Newsome nawiązuje w swoich dziełach do hip-hopowej estetyki.

W tekstach raperów reprezentujących każde pokolenie (Slick Rick, Beastie Boys, West, Rick Ross, Action Bronson, Pusha T i inni) pojawiają się mniej lub bardziej dosłowne odniesienia do sztuk wizualnych. Jay-Z już na swoim debiucie płytowym „Reasonable Doubt” (1996) w utworze „Friend of Foe” porównał precyzję strzału z pistoletu do perfekcji, z jaką rysował Picasso. W 2007 r. prace Damiena Hirsta pojawiły się w jego klipie do „Blue Magic”, a okładka autobiografii rapera „Decoded” (2010) to nic innego jak replika słynnego „Rorschacha” Warhola.

W utworze „That’s My Bitch” (2011) Jay nawoływał, żeby na ściany nowojorskiego Muzeum Sztuki Współczesnej (MOMA) trafiało więcej podobizn czarnoskórych kobiet, a teledysk do „Picasso Baby” (2013) to właściwie zmontowana część performance’u rapera w Pace Gallery, a pojawiło się tam wiele prominentnych postaci sztuki współczesnej od Laurie Simmons po Marinę Abramović. To tylko kilka przykładów. Raper jest też od lat kolekcjonerem sztuki, a jako biznesman wie doskonale, że to znakomity sposób na wzbogacenie się, o czym rymuje w „The Story of O.J.” z wydanej w ubiegłym roku solowej płyty „4:44”.

Po tym jak do sieci trafił teledysk do „Apeshit”, w mediach społecznościowych pojawiły się złośliwe komentarze typu: „niggas in Paris” („czarnuchy w Paryżu”), co było bezpośrednim nawiązaniem do tytułu popularnego utworu Jaya-Z i Kanye’go Westa z ich wspólnej płyty „Watch the Throne” (2011). No tak, nuworysze się wzbogacili, nieokrzesani czarni ziomale z blokowiska polecieli do stolicy haute couture i kuchni gourmet, a teraz chwalą się, że są sławni i bogaci. A jednak podobnie jak przebojowe, energetyczne „Niggas i Paris” „Apeshit” to nie tylko przechwałki dotyczące majątku i statusowości. Jay-Z i Beyoncé wydają się mówić: jesteśmy obrzydliwie bogaci, najlepsi w swoim fachu, jesteśmy rodziną królewską przemysłu muzycznego, ale przede wszystkim jesteśmy czarną rodziną królewską przemysłu muzycznego.

W „NiP” Kanye West użył podobnego do „goin’ apeshit” wyrażenia „goin’ gorillas”, śmiejąc się z wyrafinowanych białych elit, które nie chcą go wpuścić do swojego zamkniętego kręgu. A on i tak do niego wszedł, bo równie dobrze czuje się w niskiej i wysokiej kulturze. W odbiorze muzyki klasowość nie musi mieć znaczenia, tym bardziej że – jak pokazują ubiegłoroczne badania Media Behaviors & Influence Study – rap jest obecnie najpopularniejszym gatunkiem muzycznym na świecie, a różne ankiety od lat wskazują, że większość słuchaczy tego gatunku to biali.

Kiedy w 1993 r. raper Ice-T zatytułował swój gansta rapowy album „Home Invasion” („Wtargnięcie do domu”), rapował o wtargnięciu kultury hip-hop na białe przedmieścia. Dziś Jay-Z i Beyoncé wynajmują Luwr i kręcą w nim teledysk do piosenki w cykającym od hi-hatów trapowym stylu spopularyzowanym m.in. przez kluby ze striptizem w Atlancie. Uzbrojeni w braggadocio i opowieści o spełnionym śnie o potędze, które od lat są częściami hip-hopowego etosu, uśmiechają się do nas z satysfakcją, siedząc na tle „Mony Lisy” Leonarda da Vinci. On ma na szyi złoty łańcuch, ale bardziej jest tu czarnym dandysem niż ulicznym pimpem, ona to królowa. Jay-Z jest uosobieniem marzeń o awansie społecznym Afroamerykanina pochodzącego z biednej, miejskiej dzielnicy (tu Marcy’s Projects na Brooklynie). Dziś ma na własność swój katalog piosenek, posiadłości i wszystkie inne prowadzone przez siebie biznesy, płyty wydaje sam, jak chce i kiedy chce. Beyoncé jest na dobrej drodze do podobnej niezależności. Dzięki czemu, jak śpiewa w utworze „Boss”: „moje praprawnuki już są bogate/ To sporo brązowych twarzy na liście Forbesa”.

Jako reprezentanci społeczeństwa monorasowego, w większości jednokulturowego, możemy dostrzec w tych wersach jedynie przechwałki. Jednak dla czarnoskórych Amerykanów, którzy przez wieki nie mogli o sobie decydować i wciąż rzadko są właścicielami firm i posiadłości, o czym „czarne” media szeroko dyskutują, status Carterów daje nadzieję na wyzwolenie się z „biznesowego niewolnictwa”.

Na „Everything Is Love” Jay-Z i Beyoncé kontynuują opowieść o małżeńskich perturbacjach, początkach swojej miłości, odnoszą się do plotek na swój temat, komentują sytuację socjopolityczną w USA, wbijają szpile między innymi NFL, Trumpowi i Drake’owi i podkreślają swoją niemalże boską pozycję w show-biznesie. Owszem, jest w tym buta, ale jak wspomniałam wcześniej, wpisuje się ona w hip-hopowy etos, który od zawsze na takim piedestale stawiał raperów („mistrzów ceremonii”), że porównywanie się do boga jest na porządku dziennym (Jay, Kanye, Lil B, Kendrick Lamar, Rakim i inni).

Nie przeszkadza mi też timing wydania albumu, nie będę się zastanawiać, ile jest w tym zimnej kalkulacji. W przypadku Carterów pod jednym dachem mieszka nie tylko para celebrytów, gwiazd dbających o swoje interesy, ale też dwójka artystów, którzy pochodzą z tego samego kręgu kulturowego, wielokrotnie występowali i nagrywali już w duecie, a prócz muzyki łączą ich emocje i problemy. Może naiwnie zapytam: dlaczego więc mieliby nie nagrać wspólnej płyty?

Wpis nie jest recenzją, bo bardziej od muzyki na „Everything Is Love” interesuje mnie wymowa tekstów piosenek i warstwy wizualnej związanej z albumem. Na przykład pokazanie środkowego palca białej supremacji w sztuce. Nie znaczy to, że składająca się z dziesięciu kompozycji płyta (wraz z bonusowym „Salud!”) jest zła. Po prostu jest bezpośrednią następczynią przełomowych dla wokalistki („Lemonade”) i rapera („4:44”) solowych krążków, czyli startuje trochę z przegranej pozycji.

Dzięki produkcjom m.in. Pharella, duetu Cool&Dre, Boi-1da krążek brzmi nowocześniej niż introspektywny „4:44” i bardziej wpisuje się w trendy panujące we współczesnej czarnej muzyce i muzyce popularnej. I takie pewnie było zamierzenie. Wyróżniają się singlowy trapowy „Apeshit”, eteryczna zmysłowa ballada „Summer”, nawiązujące do synth popu „Heard About Us” i oparte na formule „pytanie-odpowiedź”, celowo przesterowane „LoveHappy”, przy którym maczał palce Dave Sitek (m.in. TV on the Radio, Foals). Jest różnorodnie, ale spójnie i jednak dość bezpiecznie. W oczekiwaniu na warszawski koncert Carterów dam jeszcze „Everything Is Love” kilka szans na przesłuchanie.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop